Header

19 maja 2013

Quo Vadis, Lambo?

Od zawsze wydawało mi się, że Lamborghini było w cieniu Ferrari. W czasach, kiedy Enzo robił obiekty pożądania, Ferruccio ciągle dłubał w szopie i kombinował, co wsadzić do swoich traktorów, żeby szybciej orały pole. Prawdopodobnie byłoby tak to dziś, gdyby nie fakt, że Lamborghini nie umiał obchodzić się z delikatnym sprzęgłem aut produkowanych w Maranello i cyklicznie je rozwalał, co powodowało częste wycieczki drogami SS225 i SS12 prowadzącymi do warsztatu Ferrari. W końcu wkurzony na niekończące się wizyty w serwisie, sam dokonał niezbędnych napraw, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i dać światu samochody lepsze od tych w kolorze rosso corsa.

Może kiedyś napiszę dłuższą notkę o całej „wojnie” dwóch gniewnych Włochów, jednak dzisiaj chciałbym skupić się na obecnych poczynaniach władz Lamborghini, które mnie dość mocno niepokoją. Zacznijmy od tego, że właścicielem Lambo jest Audi, marka słynąca z tego, że wszystkie samochody w ofercie wyglądają identycznie i różnią się jedynie wymiarami. Audi jest niemieckie, a niemiecko – włoskie kooperacje słyną z tego, że kończą się fiaskiem, to jednak nie przeszkodziło w stworzeniu zjawiskowych supercarów. Murcielago, Gallardo i ostatnio zupełnie niesamowity Aventador, to dowody potwierdzające potencjał i możliwości marki. Gdyby na tym ostatnim się skończyło, ciągle spałbym spokojnie. Ale nieee, Winkelmann z dumą ogłaszał światu powstanie kolejnych konceptów: najpierw Veneo, niedawno Egoista, a ja przecierałem oczy ze zdumienia i niszczyłem pięści ze złości.

Zacznę od Veneo. To właściwie Aventador odziany w fikuśną zbroję składającą się z płaszczyzn i dziur. Ogromniaste spojlery mają sugerować, że aerodynamika jest na najwyższym poziomie, dyfuzory dają do zrozumienia, że zmiana kół stanowi ogromny problem, ponieważ jeśli samochód już raz przyssie się do asfaltu, to już nigdy się nie odessie. Trójkątne rury wydechowe  zapewniają moc wyższą o 50 KM, niż w wyjściowym V12 montowanym w Aventadorze. No i jeszcze ta płetwa rekina… Designerzy ewidentnie pogubili cyrkle, krzywiki, gust, smak i polot, zostały im tylko linijki, ekierki, siekiery i umysł neandertalczyka. Gdyby tylko mogli, kazaliby założyć kwadratowe koła. Chwilę po premierze, Veneo zapewniło sobie zwycięstwo w prestiżowym plebiscycie „Owies Auto Świata 2013”, w kategorii „OMG WTF”, detronizując rok rocznego zwycięzcę – Fiata Multiplę. Chociaż, czy aby na pewno?

Nie do końca, bo kilka dni temu pojawił się nowy koncept (albo concept, cholera wie co to jest) z bykiem w emblemacie. Nazywa się Egoista i jest najgłupszym autem koncepcyjnym w historii światowej motoryzacji. Nie wiem jak jeździ, co je napędza, ile dwutlenku węgla emituje ani jaką pozycję za kierownicą zapewnia. Wiem tylko tyle, że paliwo do niego je produkowane z anorektycznych modelek i perfum Chanel no.5. Prawdopodobnie niczego więcej się nie dowiem, ale nawet mnie to nie interesuje. Z wyglądu jest okropne! Designerzy, którzy popełnili Veneo, mieli poczucie dobrze wykonanej roboty, zrobili imprezkę bunga-bunga, w trakcie której raczyli się śmiesznymi grzybami, lizali dziwne znaczki i oglądali Speed Racera na zmianę z całą sagą Future GPX Cyber Formula. Innej opcji na narodzenie się takiej chorej wizji samochodu nie widzę.

Podobno koncepty wyznaczają kierunek, w którym zmierza marka. Patrząc na Veneo i Egoistę można dojść do wniosku, że będzie to kurs podobny do tego, jaki obrała pewna jednostka pływająca w 1912 roku. Dwie ostatnie prezentacje są jak rozkaz rozwinięcia pełnej prędkości i ignorowanie informacji o niebezpieczeństwach. Mam nadzieję, że na horyzoncie nie pojawi się „góra lodowa”, która spowoduje błyskawiczną sprzedaż marki i jej niechybny koniec. Szkoda byłoby stracić z rynku firmę, która dała nam obiekty westchnień takie jak Miura, Countach, Diablo albo ostatnio Aventador. Jeśli to się stanie, niech orkiestra gra do końca a Winkelmann pójdzie na dno razem ze swoim statkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz