Header

16 lutego 2013

Smocze kule są bez sensu


Jak to jest, że faceci tak naprawdę nigdy nie dorastają? To pewnie sprawa hormonów, genów albo brakującego żebra, które ktoś, kiedyś nam bezczelnie podkradł. Przez to, że mentalnie zatrzymujemy się na poziomie ogólniaka (ewentualnie trochę później, ale nie za bardzo), uwielbiamy bawić się kolejką elektryczną, zdalnie sterowanym czymkolwiek, kochamy gadżety i kreskówki. Facet, który nie lubi kreskówek, niech pierwszy rzuci kamieniem. Problem jest taki, że te wszystkie wielbione przez nas rzeczy są kompletnie bez sensu i co gorsza odbija się to w motoryzacyjnych gustach.


Moją ulubioną animacją był i chyba nadal jest Dragon Ball. Pamiętam jak dawno, dawno temu, szukając w telewizji czegokolwiek, co byłoby zdolne zając kilkulatka na dłużej niż 5 minut, trafiłem na jeden z pierwszych odcinków. Tak mnie wciągnął, że każde następne popołudnie spędzałem oglądając jak Songo i spółka spuszczają oklep wszystkim złoczyńcom, chcącym namieszać na naszej cudownej planecie. Całkowicie nie przeszkadzało mi to, że tak naprawdę Dragon Ball jest beznadziejny. W ciągu jednej serii mamy do czynienia z 3 albo 4 walkami, rozwleczonymi na 400 odcinków, których połowę zajmują okrzyki, wrzaski i eksplozje. Następnie mamy chwilę, dosłownie 5 minut czegoś innego, powtórzenie tych samych 5 minut wraz z wrzaskami, okrzykami i eksplozjami, i koniec odcinka. Pokonani wrogowie mutują, robią się jeszcze silniejsi i znowu trzeba ich tłuc, aż znowu będą pokonani i znowu odrodzą się silniejsi. Nie ma to jak żelazna logika. Jakby tego było mało, główny bohater umiera kilka razy, kilka razy wraca z zaświatów,  ma kij, który wydłuża się w nieskończoność, jak skumuluje energię staje się blondynem, a jak dorzuci jej jeszcze trochę to rosną mu długie włosy. Beznadzieja. Jednak uwielbiam oglądać te powtarzane w kółko sceny naparzania falą uderzeniową, przy okrzyku Kamehameha, te podróże na naddźwiękowej chmurce, te starcia przeciągające się w nieskończoność. To coś czego nie potrafię wyjaśnić, po prostu pomimo wszystkich oczywistych wad, pochłaniam kolejne odcinki z wypiekami na twarzy. Ale tylko 3 pierwsze serie, reszty nie oglądałem.

Zastanawiałem się ostatnio, czy mam taki samochodowy odpowiednik Dragon Balla, wozidło kiepskie i ułomne, którym uwielbiam jeździć. Znalazłem je, o dziwo, w segmencie malutkich kompaktów. To Toyota Yaris II generacji – samochód wyglądający jak czopek. Pomimo całkowicie nudnej linii nadwozia, jakoś mi się podoba. Owszem, maska jest za krótka, przedni zderzak za wielki, zamek otwierania tylnej klapy wystaje jak pryszcz na twarzy nastolatka i na dodatek tylny zderzak robi za półkę kolekcjonującą rysy od wszystkiego wkładanego do bagażnika. Wnętrze to festiwal taniego, twardego plastiku, fotele wyglądają jak najtańszy taboret z Ikei, zapewniają także podobny komfort. 
Ilość schowków jest przesadzona do tego stopnia, że jeśli wrzucicie okulary do jednego z nich, nie prowadząc przy tym skrupulatnej ewidencji, już nigdy nie przypomnicie sobie do którego. Inżynierowie Toyoty byli tak pomysłowi, że w miejsce, w którym powinny być zegary, wpakowali kolejny, przepastny hangar na rękawiczki i kwity parkingowe. Zawieszenie szału nie robi, komfortowym nazwać go nie można, na dodatek  w zakrętach ugina się jak galaretka. Kiepścizna, którą wielbię. Nie wiem na czym polega ten fenomen, ale po prostu lubię Yarisa. Zawsze, kiedy tylko mam okazję, wyciągam go żeby pokręcić się po mieście. Trzeba przyznać, że wąskie uliczki i marketowe parkingi to naturalne środowisko malucha Toyoty, karzełek zwinnie wciska się w każdą szczelinę. Gama silników jest idealna do sprawnego wypadu na zakupy, po dziecko do przedszkola i do kościoła. Chociaż nie, do kościoła się nie nadaje, bo jest za mało prestiżowy. Ale do codziennych dojazdów do pracy – ideał, chyba że musicie dojechać dłuższy kawałek za miasto. Poza zabudowaniami Yaris męczy się straszliwie, o ile do jazdy po mieście mocy jest w sam raz, to już po minięciu tablicy „teren zabudowany” pod prawą stopą zaczyna brakować. Przynajmniej mało pali.

Hatchbak Toyoty z pewnością nie jest najlepszy w swoim segmencie, tak samo jak Dragon Ball nie jest najlepszą animacją na świecie. Mimo to, coś mnie do obu przyciąga. Chyba nawet wiem co: one najzwyczajniej w świecie robią to, do czego zostały stworzone. Dragon Ball zapewnia niezobowiązującą rozrywkę, nawalankę z dawką humoru, idealną na odstresowanie. Yaris nie udaje sportowca czy auta rodzinnego, to dupowóz, który swoje zadanie wypełnia w stu procentach. Nie szkoda nam, kiedy ktoś zrobi wgniotkę parkingową, w godzinach szczytu zwinnie włączy się do ruchu, nie przykuwa nadmiernej uwagi złodziei i na dodatek rzadko się psuje. Czego chcieć więcej od miejskiego hatchbacka? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz