Header

27 stycznia 2013

Sezonowcy

Sport to jedna z tych dziedzin naszego życia, za którą moglibyśmy zabić. To znaczy nie dosłownie i wcale nie za możliwość tegoż sportu uprawiania, ale spokojnie moglibyśmy komuś nieźle przylać za mówienie źle o naszej ulubionej drużynie. Na dodatek emocjonujemy się każdym sportem, w którym akurat odnosimy jakiś sukces, natychmiast stajemy się ekspertami w tej dziedzinie i prowadzimy zażarte dyskusje z innymi „ekspertami”. Sezonowcy to dobre określenie. Wystarczy, że ktoś zaczyna przegrywać i już wszystkie onety czy inne interie piszą, że się skończył, że jego kariera to równia pochyła i najlepiej już nie zwracać na ten sport uwagi. Dlatego wyczuwam niechybny napływ ekspertów w kolejnej dziedzinie sportu. 


Weźmy takiego Małysza, kiedy zaczynał skakać, nikt nie wiedział o sympatycznym wąsaczu z Wisły. Nagle forma Adasia wystrzeliła, zaczął coś tam wygrywać i machina ruszyła. Polskie miasta pustoszały podczas konkursów skoków narciarskich, ludzie potrafili wymienić jednym tchem wszystkie skocznie całego cyklu, stali się specami od warunków najlepszych do dalekich lotów i nienawidzili Svena Hannawalda, bo był Niemcem i czasem udało mu się skopać tyłek naszego Orła. Ale bardziej za to, że był Niemcem. Zaczęła się Małyszomania, wszyscy leczyli noworocznego kaca oglądając Turniej Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen, a wszystkie dzieciaki spędzały lekcje informatyki grając w Deluxe Ski Jump. Adaś wyskakał co jego, zgarnął kilka Audi, trochę więcej pucharów i jakieś kule z ruskich kryształów. A czy ktoś teraz ogląda skoki? Chyba tylko fani Piotrka Żyły (to nie moja rodzina), w oczekiwaniu na kolejny błyskotliwy wywiad, albo ci czekający aż ktoś się wywali podczas lądowania i zamieni się w wielką kulę śniegu, z której wylatują różne części skoczkowego osprzętu. Teraz wszyscy mają inną zimową rozrywkę, króla zimy zastąpiła królowa. Historia się powtarza, wszyscy znają się na biegach narciarskich, znają wszystkie uczestniczki cyklu, są specami od smarowania nart i kroku łyżwowego oraz nienawidzą Marit Bjoergen. Bo ma astmę i oszukuje, ale głównie dlatego, że ma niemiecko brzmiące imię. Jeszcze trochę i wszyscy zapomną o Justynie, bo przestanie wygrywać. No dobra, ale to tylko sporty zimowe, a sezonowcy muszą mieć pożywkę przez cały rok. W lecie są siostry Radwańskie, ale każdy interesuje się tą brzydszą, bo coś tam wygrywa. Chociaż nie jest to takie pełne zainteresowanie, bo pani Agnieszka ma humory, wywiady daje po angielsku i na dodatek nie chce odwiedzić Ani Popek w Pytaniu na Śniadanie. Aby dopełnić czarę goryczy, podczas Olimpiady w Londynie nie chciało jej się biegać, więc nie przywiozła medalu, co to go miała przywieźć. Ale jest nadzieja! Pojawił się ktoś, kto błysnął tenisową formą i prawie wygrał jeden z turniejów – Jerzy Janowicz. Wszyscy prawdziwi znawcy łapali się za głowy kiedy grupka polskich kibiców krzyczała jego imię podczas meczów, co dotychczas zdarzało się rzadko albo wcale. Na dodatek, nie znając się kompletnie na tenisowych obyczajach, oklaskiwali i cieszyli się z każdego błędu przeciwnika. Zachowywali się jak grupka klaunów z obwoźnego cyrku. Miejmy nadzieję, że pan Jerzy utrzyma stabilną, dotychczasową formę i będzie przegrywał wszystko co się da.

Pisząc o kibicowskich zrywach nie sposób ominąć „Kubicomanii”. Jako naród, nigdy jakoś specjalnie nie interesowaliśmy się motosportem, dopiero dzięki Kubicy szersza publiczność odkryła, że samochodem można się też ścigać, a nie tylko podjechać w niedzielę do kościoła i ewentualnie podrzucić żonę na zakupy do marketu. Markety też się zmieniły, można było nabyć wszystko z twarzą Roberta: od zeszytów, przez plakaty i kalendarze, po papier toaletowy i zapachy do kibla. Szkoda, że nikt nie słyszał o Krakowianinie kiedy odnosił naprawdę wielkie sukcesy w niższych seriach wyścigowych, tylko dopiero kiedy wyciskał co się da z cienkich bolidów. Ale nie przeszkodziło to „ekspertom” godzinami prawić o złym doborze mieszanek na wyścig, o tym jak przebiega linia wyścigowa w Parabolice na Monzy oraz o tym, jak bardzo nienawidzą Nicka Heidfelda. Z przyczyn wiadomych oczywiście. Niestety, kariera Kubicy skończyła się, zanim na dobre się rozkręciła, przez co Polsat rozmyśla o porzuceni transmisji wyścigów na rzecz emitowania kolejnych powtórek komedii familijnych z lat 90-tych. 

Chociaż może jeszcze nie wszystko stracone. Zapewne słyszeliście, że Robert ostatnio startuje w rajdach i o jego ostatnich testach w Mercu. Jeśli nie, to napiszę tylko tyle, że na torze w Walencji testował (albo sam był testowany) C-Coupé AMG w specyfikacji DTM. Oprócz KUB, na torze jeździł między innymi Gary Paffett, facet który dla zespołu Mercedesa zdobył mistrzostwo i kilka razy wicemistrzostwo. Facet, który znał specyfikację samochodu jak własną kieszeń (w końcu przejeździł w nim cały sezon). Kubica wsiadł do całkowicie nowego dla siebie auta, o kompletnie nieznanej charakterystyce i zaczął jeździć po przesychającym torze Ricardo Tormo. Pojeździł, pokręcił nosem, pomyślał i wykręcił czas lepszy o 0,5 sekundy od czasu Paffetta! To info nieoficjalne, ale mimo wszystko okazał się lepszy od gościa, który tym samym autem zdobył wicemistrzostwo sezonu 2012. Potraficie wyobrazić sobie coś takiego: wydaje się Wam, że jesteście jednym z najlepszych w jakiejś dyscyplinie, regularnie wygrywacie wyścigi, zdobywacie drugie miejsce w całym sezonie. Nagle przychodzi jakiś świeżak, z prawą dłonią poskładaną z różnych fragmentów pożyczonych z całego ciała i bezlitośnie kopie Wam tyłek? Ja bym się chyba załamał, zamknął w sobie i nigdy nie wyszedł. Kupiłbym sobie papier do pieczenia i piekłbym ciasta na konkursy. A podobno ręka Roberta nie jest jeszcze w pełni sprawna, auto nie było specjalnie przebudowywane aby ułatwić mu poruszanie się i kierowanie. Sam nie wiem o czym to świadczy, wiem tylko, że chciałbym znów zobaczyć litery KUB na samochodzie startującym w całym sezonie.

Podobno Kubica nie podjął jeszcze decyzji o startach w sezonie 2013, ale prawie pewne jest, że w jakiejś serii przejeździ ten rok. Nie ważne, czy będzie to WRC, DTM czy nawet F3. Ważne, żeby zaczął regularnie ścigać się, żeby znów poczuł smak rywalizacji, żeby znów ciężko pracował nad ustawieniami aut i nad samym sobą. Chociaż jeśli decyzja o startach zapadnie, Polsat na 100% zrezygnuje z transmisji F1 na rzecz nowej dyscypliny Roberta. Będzie szkoda z dwóch powodów: będzie brakowało niedzielnych wyścigów w telewizji i będzie nowy wysyp sezonowców. Całej armii tych ekspertów mówiących, że „Kubica zniszczył swoją karierę”, że „Kubica już nigdy nie wróci”. Teraz znów będą mu kibicować i pierwsi polecą do kiosku po zeszycik z podobizna starego-nowego idola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz