Header

19 września 2012

Znajdźcie im do cholery jakieś zajęcie!


Zastanawialiście się kiedyś, co jest największym wrogiem człowieka? Szatan, alkohol, narkotyki, stres, myszy, głupota, karaluchy, fantastyka? Prawdopodobnie nikt z Was nie wpadł na to, co odkryłem ostatnio: największym wrogiem człowieka jest nadmiar wolnego czasu. Domyślam się, że dla wielu jest to zaskakujące, ale już śpieszę z wytłumaczeniem. Nie chodzi mi o wolny czas sam w sobie, bo on jest w porządku, można przeczytać książkę, obejrzeć film, wybrać się na przejażdżkę albo się zdrzemnąć. Najgorszy jest nadmiar wolnego czasu, bo trzeba wymyśleć sposób na jego zagospodarowanie, a to nie przynosi nic dobrego.

Sam ostatnio cierpiałem na nadmiar wolnego czasu. Doprowadziło mnie to do panicznego poszukiwania czegoś co mi go wypełni, najlepiej na dłuższą metę. Postanowiłem zrobić remont i małe przemeblowanie! W sumie na początku miało to być tylko delikatne odświeżenie pokoju, jednak z czasem przerodziło się w kompletną demolkę. Na początek trzeba było wybrać farbę, z którą będę musiał żyć kilka następnych lat. Podobno mężczyźni rozróżniają tylko 3 kolory: fajny, brzydki i pedalski, więc do pomocy zaciągnąłem moją Towarzyszkę Życia. Nie spodziewałem się, że na świecie istnieje tyle barw, tyle odcieni i tyle różnych palet. Było tego zdecydowanie za wiele, decyzję odłożyłem na później, żeby dobrać kolor ścian do koloru nowych mebli. Z nimi miało być łatwo. Priorytetem było duże i wysokie biurko, do tego pojemna szafa, jakiś regał na książki i płyty oraz kilka szafek. Najlepiej żeby wszystko tworzyło jeden komplet, bo nie lubię otaczać się „misz-maszem”. Niestety, producenci mebli nie uwzględnili tego, że ktoś chciałby połączyć mini biuro z sypialnią, nie mając przy tym 7 lat. Godziny bezowocnych poszukiwań odpowiedniego zestawu doprowadziły mnie do stwierdzenia, że nie znajdę lepszego i bardziej funkcjonalnego kompletu niż ten, który mam obecnie. W sumie ma wszystko czego potrzebuje, wymaga jedynie drobnego odświeżenia pożółkłych frontów. Skoro będę je odmalowywał, to może też warto zmienić ich kolor, co doprowadza mnie do punktu wyjścia, czyli wyboru farby. Siedzę więc w środku rozgrzebanego pokoju, z meblami bez drzwiczek, tynkiem na ścianach, wszystkimi rzeczami w kartonach i pluję sobie w brodę, że nie znalazłem lepszego sposobu na zużycie nadmiaru czasu.

Na szczęście nie często mam takie okresy w swoim życiu, jest jednak grupa ludzi, którzy codziennie mają zbytek czasu do zagospodarowania. Większość z nich zgrupowana jest w jednym miejscu i na dodatek dostaje pieniądze, za wymyślanie coraz bardzie absurdalnych rzeczy. Właściwie to wymyślają bezsensowne przepisy i dyrektywy, bo chodzi mi o ludzi zasiadających w Komisji Europejskiej. Mieliśmy już takie nonsensy jak dopuszczalna krzywizna ogórka oraz jej brak w przypadku banana. Mieliśmy także dyrektywę uznającą, że ślimaki to ryby. Z tego co wiem, ślimaki słabo radzą sobie z pływaniem, ale od czasu mojej edukacji biologicznej ewolucja mogła spłatać psikusa, na który błyskawicznie zareagowali eurogłowi. Ciekawe, czy jacyś prawnicy sprawdzają te projekty przed wejściem w życie, bo wydaje mi się, że nie.  Najnowszym, upośledzonym dzieckiem KE jest projekt ustawy o badaniach technicznych pojazdów. Zakłada on, że każdy pojazd ma pozostać w stanie fabrycznym przez cały okres użytkowania. Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze śmierć całego światka tuningowego. Spojlery, body-kity, sportowe wydechy, doloty, ostrzejsze wałki, nawet felgi aluminiowe inne niż seryjne będą zabronione. Co gorsze, oznacza to też śmierć oldtimerów, do których części są praktycznie niemożliwe do dostania i trzeba dorabiać je we własnym zakresie. Jeśli jeszcze brak Calibr i Lanosów na gaz z niepolakierowanym laminatem mogę przeżyć, to wykastrowanie ulic z odrestaurowanych Datsunów 280Z, Jaguarów E-Type albo Chevy Impali jest nie do przyjęcia. I tak jest ich tylko garstka, ale spotkanie takiego moto-rodzynka powoduje wypieki na twarzy do końca dnia, może nawet dłużej. Nowe przepisy mogą doprowadzić do tego, że nasz samochód nie przejdzie przeglądu, bo mamy dywaniki kupione w markecie, wycieraczki ze stacji benzynowej, albo naklejkę na tylnej klapie informującą o tym, że trzeba mieć zwarte pośladki bo motocykle są wszędzie. Najgorsze jest to, że brak rynku wtórnego części spowoduje windowanie i tak już zawyżonych cen w autoryzowanych stacjach obsługi. Przecież będziemy na nie skazani. Kuriozum, prawda? Niestety „mądre głowy” wpadły na coś takiego zasłaniając się ekologią. Podobno wyprodukowanie każdego nieseryjnego elementu powoduje emisję ilości CO2, wystarczającą do ogrzania klimatu o miliard stopni Celsjusza i zafundowania nam powolnej agonii przez ewaporację. Rzekomo zamontowanie każdej dodatkowej części powoduje wzrost masy pojazdu, w efekcie samochód więcej pali, emituje więcej zanieczyszczeń i ociepla klimat o kolejny miliard stopni. Ustawa ma nas przed tym uchronić, zapewniając nam spokojne życie przy chłodnej bryzie, aż do śmierci w wieku 158 lat.

Oczywiście jest to tylko projekt dyrektywy, nie mający prawa wejść w życie. Pokazuje on jednak, że istnieją ludzie, którzy za wymyślanie takich głupot mogą otrzymywać pieniądze. Ewidentnie brakuje im zajęć i mają nadmiar wolnego czasu, co powoduje przeskakiwanie impulsów nerwowych pomiędzy nieodpowiednimi neuronami w mózgu. Także chrońcie się przed tym zgubnym stanem. Znajdźcie sobie niegroźne, ale absorbujące hobby. Może sklejanie modeli samochodów z zapałek, albo parowanie skarpetek po praniu? Najlepiej wsiądźcie w samochód i wykorzystajcie ostatnie lata motoryzacyjnej wolności, bo nie wiadomo co następnego wymyślą rządzący i jakim kolejnym podatkiem obciążą kierowców. Wtedy jedynym sposobem na nadmiar wolnego czasu zostanie drzemka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz