Header

27 lipca 2012

Nowy gracz na rynku prasowym - recenzja polskiego Rampa

Na niedostatek motoryzacyjnej prasy chyba nie możemy narzekać. Wprawdzie gazet o samochodach nie ma aż tyle, co piszących o tym kogo ostatnio pożarły Grycanki, z kim i w czym widziano Wojewódzkiego, komu coś wypadło w Sosnowcu albo kto komu pokazał środkowy palec, a komu nie pokazał i dlaczego. Są za to pisma o BMW, Volkswagenach, miłośnikach chromu i zderzaków z laminatu, off-roadu, moto-sportu, o Skodach, Fiatach i Renault, o Ferrari, Lamborghini i Astonie… Każdy znajdzie coś dla siebie. Zatem czy jest jeszcze miejsce na nowe wydawnictwo? Czy jest jeszcze taka nisza, która nie została wypełniona?




„Ramp” przywędrował na półki Empików zza zachodniej granicy, gdzie na jest już jego 18 wydanie. Pomyślicie, że 18 to wcale nie tak dużo. Ok, ale „Ramp” to kwartalnik i jak ktoś chce to może sobie obliczyć staż na rynku. Dla leniwych odpowiadam, że ukazuje się od roku 2007. Odpowiedzialnym za import z Niemiec jest Piotr R. Frankowski, ex-naczelny polskiej edycji magazynu Top Gear, z czasów kiedy w tym czasopiśmie dało się odróżnić teksty i felietony od reklam. Aby mieć pewność, że żaden wydawca nie będzie się mieszał w ostateczną formę swojego „tworu”, wraz z grupką pasjonatów założył własne wydawnictwo – Paleface Publishing. Warto jeszcze wspomnieć, że polski „Ramp” nie jest tworzony na licencji z Niemiec, ale na zasadzie współpracy z niemieckim wydawnictwem. Tyle tytułem wstępu, przejdźmy do konkretów.



O tym, że pan Frankowski zamierza sprowadzić do Polski nowy magazyn głośno zrobiło się w maju, datę wydania pierwszego numeru szacowano na czerwiec. Aby być na bieżąco z dokładnym terminem wydania i innymi faktami, jak miejsca dystrybucji, nakład i cena, musiałem znaleźć namiary na stronę internetową gazety albo coś w tym stylu. Z pomocą przyszedł Facebook i oficjalny profil Ramp Polska. Ostatecznie pierwszy numer miał trafić na półki 9 lipca i miał „nie być dostępny dla każdego”. Trochę mnie to wystraszyło, ponieważ data premiery pokrywała się z terminem obrony mojej pracy magisterskiej i bałem się, że nie zdążę, że mi wszystkie egzemplarze wykupią, że ogólnie będzie bieda, bieganina i stres. Empik otwarty od 9:00, obrona planowana na 9:40…Pójść przed, czy po? A jak nie zdążę? Tylko zdążę gdzie, na obronę czy do sklepu? Zdrowy rozsądek wziął górę i jak tylko opuściłem komisję egzaminacyjną popędziłem po śmierdzący świeżą farbą drukarską, mój własny egzemplarz Rampa. Na której półce szukać? „Tytuł dnia” – nie ma, no to „Motoryzacja”. Tylko, że tam też nie ma. Wykupili? Może gdzieś indziej? „Sztuka”, „Nauka”, „Prasa kobieca”… W końcu kapitulacja, wyrzeczenie się męskości (w końcu prawdziwy facet do wszystkiego dojdzie sam i o nic nie pyta) i pytanie do pani w kasie. Nic o „Rampie” nie słyszała. Ostatnia deska ratunku – Facebook. Okazało się, że niektóre Empiki mogą mieć dzień obsuwy i akurat padło na te wrocławskie. Następnego dnia, tuż po otwarciu sklepu, dziewiczy numer polskiej edycji magazynu „Ramp” był już mój.



Pierwsze, co rzuca się w oczy to gabaryty gazety. Są naprawdę imponujące, pomimo standardowej długości i szerokości. Grubość robi swoje, a mamy do czynienia z ponad 200 stronami nadrukowanymi na papierze, którego jedna kartka ma gramaturę całego wydania „Auto Świata”. Widać, że „Ramp” to coś wyjątkowego i ktoś nie bał się wycięcia kilku hektarów lasu więcej, aby stworzyć produkt najwyższej jakości. Wyjątkowości dodaje także tłoczona okładka, co jest chyba ewenementem na rodzimym rynku prasowym. Ale przecież nie opakowanie i wielkość są najważniejsze. Najważniejsze jest wnętrze: teksty, fotografie, motoryzacja, pasja! A to aż się z „Rampa” wylewa. Pierwsze pobieżne przejrzenie sprawiło wrażenie albumu z najlepszymi fotografiami motoryzacyjnymi. W każdym artykule możemy dosłownie obejrzeć czytaną historię i nie są to przypadkowe fotki spod marketu albo pasa startowego. Ba, nawet miałem wrażenie, że to nie samochody są głównymi bohaterami zdjęć. To obrazy, na których każdy detal jest ważny. Oglądając je miałem uczucie, jakbym znajdował się w galerii sztuki na wystawie fotografii. Operowanie światłem, kadrem, scenerią, modelkami, samochodami, wszystkie elementy dopracowane do perfekcji. Perfekcji do tego stopnia, że bałem się przyćmienia tekstów. Strach okazał się niepotrzebny, bo strona pisana utrzymuje wysoki poziom. Chociaż osoby szukające danych technicznych i opisów ilości miejsca na tylnej kanapie mogą poczuć się zawiedzione. W „Rampie” skupiono się na odczuciach, jakie towarzyszą nie tylko jeździe samochodem, ale całemu obcowaniu z nim. W kreowanym przez autorów świecie, nie obchodzi mnie to czy benzyna podrożała, czy do bagażnika zmieszczą się zakupy na sobotnie przyjęcie albo jak szybko pojawia się druga setka na liczniku. Czytając artykuły mogę poczuć się jak właściciel Ferrari, spoglądający na swoje własne dzieło designerów Pininfariny stojące pod oknem. Mogę poczuć jak adrenalina płynie w moich żyłach, jak szumi mi w uszach i jak wysychają usta, podczas pędzenia w Lamborghini. Mogę zamknąć się w świecie, gdzie nic innego nie istnieje, liczy się pasja i miłość do motoryzacji. Widać, że dla autorów motoryzacja to coś więcej niż zawód i hobby. Całości dzieła dopełnia sposób, w jaki tekst przeplata się z obrazami. Tu też efekt jest na najwyższym poziomie. Mogę znaleźć całe kartki bez żadnych liter, za to z widokiem pięknie wymodelowanych krzywizn maski Alfy Romeo Giulietty SZ Zagato. Albo z dwustronicowym zdjęciem pilota w kołującym F-16, którego twarz mieni się wszystkimi kolorami przez grę świateł na kabinie. Autorzy mogli sobie pozwolić na takie zabiegi, ponieważ nie tracą cennego miejsca na reklamy. Tak tak, „Ramp” jest prawie w całości pozbawiony reklam! Niemożliwe, ale prawdziwe.



Odpowiadając na pytanie ze wstępu, czy jest jeszcze taka nisza, w której zagnieździ się „Ramp”, muszę powiedzieć, że tak. Głównie ze względu na niekonwencjonalne podejście do tematu. Pod tytułem gazety widzimy dopisek „kultura motoryzacji” i to widać. Motoryzacja nie jest traktowana jako przemysł, ale właśnie jako odrębna kultura ludzi, których całe swoje życie podporządkowane jest pasji. Pasji do samochodów, do obcowania z nimi. Jeśli ktoś to kocha, czytając „Rampa” poczuje się jak wśród swoich, wśród ludzi, którzy go rozumieją i czują tak samo. Panie Frankowski, dobra robota!







3 komentarze:

  1. To pismo naprawdę wygląda rewelacyjnie. Jestem ciekawy, czy dalej będą publikować, to było fajne pisemko. Sam zacząłem zastanawiać się nad wydaniem własnej serii motoryzacyjnej, ale jest o to naprawdę ciężko. Myślę nad pożyczką, ale to musiałaby być ogromna inwestycja, sam druk i dystrybucja to ogromne koszta, a jeszcze pisanie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Koniecznie zerknijcie sobie na samochody z troszkę wyższej półki, niż chcecie, a potem zastanówcie się, czy nie dałoby rady zaoszczędzić troszkę i kupić taki? Moim zdaniem to osiągalne. Można też wziąć pożyczkę - ja tak zrobiłem. Na stronie Credy można wziąć taką bez zgłaszania tego! Przemyśl to :)

    OdpowiedzUsuń