Header

7 października 2012

K. Hołowczyc, J. Obrocki „Piekło Dakaru” - recenzja

Prawdziwi pasjonaci zawsze dążą do osiągania ekstremów. Chcą sprawdzić gdzie są granice wytrzymałości tylko po to, żeby podczas następnej próby je przekroczyć, wyznaczyć nowe cele, nieosiągalne dla zwykłych śmiertelników. Tacy zapaleńcy diametralnie zmieniają swoje życie, aby udowodnić coś innym, ale przede wszystkim sobie. A gdzie w świecie motoryzacji można spotkać największy zestaw fanatyków? Na starcie rajdu Dakar! Setki załóg decydują się na podjęcie walki z nieludzkimi warunkami, zawodną mechaniką i elektryką pojazdów oraz z własnymi ułomnościami. Na metę docierają tylko nieliczni, większość musi uznać się za pokonanych, z pokorą wrócić do domów i rozpocząć przygotowania do kolejnej próby. Bo na pustynię trzeba wrócić. Zawsze interesowało mnie, co kieruje tymi ludźmi, co sprawia, że decydują się na dwa tygodnie przekopywania piasku w morderczym upale. Dlatego bardzo zaciekawiła mnie książka „Piekło Dakaru” stworzona przez Krzysztofa Hołowczyca i Juliana Obrockiego, może dadzą radę przybliżyć mi szczegóły swojej „choroby”.


Autorów chyba nie trzeba przedstawiać. „Hołka” zna każdy, w końcu od 1985 roku jest obecny na rodzimej scenie rajdowej. W ciągu swojej kariery uzbierał cały worek sukcesów i jeszcze większy bagaż doświadczeń. Chyba żaden z naszych rodaków nie może poszczycić się tytułami rajdowego Mistrza Polski, Mistrza Europy, startami w serii WRC, pierwszym miejscem w rajdach Cross-Country Bajas oraz zwycięstwem w jednym z etapów rajdu Dakar. Nawet ignoranci rajdów samochodowych muszą kojarzyć twarz pana Krzysztofa z programów telewizyjnych lub akcji społecznych. To prawdziwy „człowiek renesansu”, był nawet posłem w Parlamencie Europejskim. W Rajdzie Dakar startuje od 2005, a historie każdego startu możemy przeczytać w „Piekle Dakaru”.

Za spisanie wspomnień pana Krzysztofa odpowiedzialny był znany dziennikarz motoryzacyjny – Julian Obrocki, który na własnej skórze poczuł smak pustyni podczas uczestnictwa w Rajdzie Paryż – Dakar w 1988 roku. Poza pisaniem, Obrocki lubi także podróżowanie i fotografię, autorskie zdjęcia często ilustrują jego teksty. Od długiego czasu związany jest z polskimi rajdami, przez wiele lat sprawował funkcję dyrektora sportowego Rajdu Polski, posiada także licencję sędziego klasy międzynarodowej. Jaki efekt przyniosło takie zestawienie autorów? Doświadczenie w siedzeniu za kierownicą w połączeniu z wiedzą motoryzacyjną i umiejętnością pisania – zapowiada się interesująco.

Książka została podzielona na 8 rozdziałów, każdy opisuje inny rok zmagań z rajdem. Poszczególne części zaczynają się od metryczki, informującej o przebiegu trasy, dystansie do pokonania, liczbie startujących załóg oraz liczbie szczęśliwców, którzy dotarli na metę. Plus za pomysł, bo daje to jasny obraz jak ciężki jest to maraton. Przygoda „Hołka” zaczyna się w roku 2005, możemy dowiedzieć się między innymi co wpłynęło na decyzję o starcie w tak morderczych zawodach. Każdy rajd jest opisany dość szczegółowo, od wyboru samochodu, przez pozyskiwanie sponsorów, dostosowanie pojazdu do startu i testy, po samą jazdę, przygody na trasie i przemyślenia na końcu. Dynamika tekstu jest bardzo dobra, dzięki temu, że uniknięto zbytniego uszczegółowienia, wdawania się w niuanse techniczne, które mogłyby zanudzić czytelnika. W efekcie możemy poczuć się jakbyśmy razem z bohaterem główkowali nad doborem opon, albo siedzieli z nim w kabinie podczas pokonywania setek kilometrów piaszczystych wydm. Książka naprawdę wciąga i może się zdarzyć, że „pochłoniecie” ją w jeden wieczór. Tekst ozdobiony jest niezliczoną ilości fotografii, które dodatkowo wprowadzają czytelnika w klimat i emocje panujące podczas Dakaru. Niektóre zdjęcia zajmują nawet dwie strony i muszę przyznać, że większość z nich jest naprawdę dobra, kilka chętnie widziałbym w formie plakatu na ścianie pokoju bądź garażu.

Niestety, nie ma rzeczy idealnych i podobnie jest z „Piekłem Dakaru”. Jeśli jesteśmy przy fotografiach, to zacznę od nich. Właściwie do samych obrazów nie można się przyczepić, jednak nie pasuje mi ich ułożenie w tekście. Kilka razy zdarzyło się, że podpis do fotki zdradzał coś, o czym tekst był dopiero na następnych kartkach. Spojlerowanie w książce to coś nowego i mimo iż nie jest to kryminał Agaty Christie, trochę mnie to denerwowało. A wystarczyło poukładać to wszystko trochę inaczej. Nie spodobała mi się także wszechobecność logotypów i reklamy. Rozumiem, że pieniądze są ważne i gdyby nie sponsorzy to starty w jakiejkolwiek formie sportu byłyby nie możliwe, ale przecież płacę za książkę, więc jakieś wpływy się pojawiają. Nie dość, że wielkie reklamy zajmują pierwszą i ostatnią stronę, to jeszcze loga głównych sponsorów zdobią stopkę każdej strony. Chyba trochę za dużo tego wszystkiego, chociaż z drugiej strony, jeśli ma to pomóc „Hołkowi” w zdobywaniu jak najlepszych wyników, to mogę je przełknąć.

Od strony czysto technicznej, książkę można nabyć w dwóch wersjach: w twardej i w miękkiej oprawie, z czego ta w miękkiej jest tańsza i można kupić ją chyba tylko przez internet. Moje wydanie jest w okładce twardej, strony są nadrukowane na gruby papier kredowy, a wszystko jest ze sobą zszyte. Dzięki temu, jeśli za kilka lat będę chciał wrócić do tej pozycji, nie będę musiał obawiać się, że strony pożółkły i zaczęły wypadać, ponieważ klej postanowił przestać kleić. A wrócę bardzo chętnie, ponieważ to lekka i przyjemna lektura. Mój egzemplarz kosztował 54,90 zł w znanej sieci sklepów i trafił do mnie jako prezent urodzinowy od mojej Ukochanej.

Podsumowując, „Piekło Dakaru” to pozycja interesująca, godna polecenia. Czyta się ją bardzo przyjemnie i naprawdę wciąga. Wciąga do tego stopnia, że podczas czytania miałem ochotę wsiąść w samochód i pokonać jakiś piaszczysty lub szutrowy zakręt pięknym slajdem. Wraz z kolejnymi rozdziałami możemy poznać jaką chorobą jest „Dakar”, poznać przekrój emocji uczestników podczas przygotowań, startów, awarii i zwycięstw. Możemy też zobaczyć, jak na przestrzeni lat zmieniała się sama forma rajdu, łącznie z tym, jaki wpływ wywarło przeniesienie zmagań na pustynie Ameryki Południowej. Opowieści Krzysztofa Hołowczyca i pióro Juliana Obrockiego stworzyły interesującą pozycję, mimo faktu, że chyba miała to być swojego rodzaju reklama sponsorów. No cóż, przynajmniej mam nadzieję, że dzięki temu zwiększy się zainteresowanie rajdami terenowymi i większe pieniądze zostaną inwestowane w motosport. Panu Krzysztofowi życzę, aby rok 2013 był rokiem zwycięstwa pierwszego Polaka w Dakarze, a Wam polecam przeczytanie „Piekła Dakaru”. Tylko oglądanie zdjęć zostawcie sobie na koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz